Autor Wątek: Siła  (Przeczytany 6 razy)

Grudzień 31, 2019, 08:49:48 pm
Przeczytany 6 razy

Xar

  • Xar.6279
  • *
  • Information
  • Kandydat
  • Lider
  • Wiadomości: 8547

Rozdział I

Słońce zachodziło. Krwawa łuna zachodu wzmacniana była czerwonymi płomieniami pożarów. Krzyki przerażonych wieśniaków, szczęk oręża, trzaskanie ognia i pękające od temperatury drzewo zlało się w kakofonię ogłuszających dźwięków. Piraci z bandy Jackdawa znów napadli sielską farmę na Karnokupijskich Polach. Miesiące spokoju osłabiły czujność włodarzy osady, a i uderzenia nic nie zapowiadało. Chłopi zostali zaskoczeni w czasie wieczornego obrządku. Część jeszcze pracowała w polu, gdy ujrzeli dymy z nad osady. Przezornie wysłali najsprytniejszego z nich do Lwich Wrót po patrol Lwiej Gwardii, gdy sami, uzbrojeni w widły, motyki i pałki ruszyli na spotkanie z przeznaczeniem. Kilkanaście minut później, ogień był już nie do opanowania. Piraci byli liczniejsi i lepiej uzbrojeni. Wieśniacy w panice rzucili się do ucieczki, gdy na wzgórzu stanął chłopak wysłany do miasta. Za nim pojawił się potężny człowiek w czarnej, ciężkiej zbroi. Szkarłatny płaszcz powiewał na wietrze. Ręka w rękawicy spoczywała na bogato zdobionej rękojeści miecza. Druga dzierżyła czarną tarczę wymalowaną szmaragdowymi runami. Piraci, zbici z tropu pojawieniem się przybysza, zatrzymali się. Zaskoczenie jednak minęło szybko. Co może jeden człowiek, śmiali się w duchu. Z takim pogardliwym uśmiechem na twarzy zginął pierwszy z nich. Przybysz w błysku i huku pojawił się przy nim i dźgnął go w pierś. Kopnięciem uwolnił ostrze i dopadł kolejnego. Świśnięcie miecza pozbawiło go ręki, a ostrze zatrzymało na kręgosłupie. Pozostali, widząc, że to nie przelewki, otoczyli nieznajomego. Ten tylko wymruczał coś pod nosem i w chwili, gdy tamci się na niego rzucili, zasłonił się tarczą. Runy rozbłysły i sześciu piratów leżało nieprzytomnych na ziemi. Reszta poznała smak ostrza miecza i twardość tarczy, gdy przybysz zaczął tańczyć między nimi. Wieśniacy wpatrywali się nieruchomo w wybawiciela, gdy ich dobytek płonął. W końcu ktoś się otrząsnął i zaczął organizować tłum. O pomocy nieznajomemu nawet nie pomyśleli, z obawy o własne dobro. Z resztą, kilkanaście sekund później, było po wszystkim. Piraci poszli w rozsypkę i rzucili się do ucieczki. Wówczas nieznajomy się obrócił. Krew spływała po ostrzu, runy na tarczy zniknęły, przykryte szkarłatną cieczą. Spojrzał na wieśniaków, na ich nieszczęście, po czym schował miecz. - Jak możemy ci się odwdzięczyć, panie? – zapytał ledwo żywy przywódca wioski. - Leth mori Aiwe – odpowiedział tylko i się oddalił.

Rozrdział II

Dzień leniwie chylił się ku końcowi. Domostwo Korakatta w Przełęczy Lornara powoli się zapełniało. Wędrujący nornowie szukali schronienia na noc. Chwila wytchnienia dla mięśni, dobra strawa i opowieści przy piwie – odpoczynkiem przed powrotem do wiecznego polowania. Przybycie zakapturzonego wielkoluda z potężnym młotem i tarczą na plecach nikogo nie zdziwiło. Zapłacił miedziakami za strawę i kufel, po czym siadł w kącie. Odstawił młot obok sporego zawiniątka, które przyniósł. Po posiłku zmrużył oczy. Gospoda była dużym, okrągłym pomieszczeniem z piwniczką na zapasy. W środku znajdowało się znacznych rozmiarów palenisko, nad którym obecnie zamontowano kilka rusztów. Pieczone mięso roztaczało przyjemny zapach. Gwar narastał, szczególnie po pojawieniu się grupki dzieci odgrywających Wielkie Polowanie. Drewniane mieczyki i patykowate łuki poszły w ruch, ku ogólnej wesołości starszych, szczególnie, gdy słusznych rozmiarów karczmarz został okrzyknięty przez dzieci Wielkim Dolyakiem. Wtem przez drzwi wpadła na wpół wyczerpana kobieta. Krew sączyła jej się z rany na boku. Rzuciła od progu tylko: Czerpaki! I padła nieprzytomna. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować u drzwi cisnęło się już sześć przypominających kretoszczury istot. W oka mgnieniu podróżny chwycił za broń i dopadł do stworów. Pomruki zachwytu nad siłą nieznajomego przeszły po sali. W jednej ręce dzierżył młot, wywijał nim, jakby jego waga nic dla niego nie znaczyła. W drugiej ręce trzymał czarną tarczę z wymalowanymi runami. Młot świsnął i uderzył w pierwszego ze stworów. Czaszka stworzenia pękła, mózg rozprysł się na wszystkie strony. Barbarzyńca krzyknął, dodając sobie wigoru i zdzielił drugiego tarczą. Pozostałe kretoszczury wymierzyły w niego swoją soniczną broń i strzeliły. norn przekoziołkował na zewnątrz unikając ogłuszenia. W locie machnął młotem strącając z nóg dwóch Czerpaków. Zmiażdżył im krtań tarczą. Pozostałe dwa uciekły. W gospodzie pozostali zajęli się nieprzytomną. Ocucili ją i opatrzyli ranę. Kobieta zalała się łzami. Czerpaki dorwały jej dzieci. - Gdzie? – zapytał Nieznajomy wchodząc do karczmy. - Jaskinie, na południu – odpowiedziała płacząc. - Leth mori Aiwe – rzucił odwracając się i wychodząc. Pół godziny później do gospody wpadła dwójka dzieci. Chłopiec i dziewczynka, niespełna ośmioletnie. Zobaczywszy matkę, dopadły do niej i wybuchły płaczem. Nieznajomy nie powrócił.

Rozdzial III

Askalon, kraina spustoszenia. Wschodzące słońce przesuwało swe promienie po ruinach niegdyś wspaniałych ludzkich miast. Duchy przeszłości, niespokojne relikty minionych czasów, błąkały się po opuszczonych ulicach, zaniedbanych polach i zniszczonych domostwach. Młody Popielec o rudym futrze i czarnych rogach przyczaił się za murem. W łapie trzymał róg, w drugiej zakrzywiony miecz. Warknął cicho do siebie. Cholerni separatyści musieli założyć obóz blisko rojącego się od duchów Sforsowanego Muru. Jego oddział przydzielony został na Płaskowyż Diessy, by zapanować nad atakami ludzkich rebeliantów atakujących Posiadłość Stonefall. Obserwował obozowisko już od dłuższego czasu. Spojrzał na słońce, obliczył w myślach i stwierdził, że już niebawem będzie musiał dać znać do ataku. Poczuł przyjemną ekscytację. Posiadłość Stonefall stanowiła dla Popielców ważne zaplecze żywnościowe. Hodowane tam bydło trafiało na stoły w Czarnej Cytadeli. Wśród ranczerów było wielu przyjaciół młodego popielca. Wielu zginęło w ostatnim ataku. Zadrżał na to wspomnienie. Nieopodal dostrzegł refleks słońca na metalu. Zignorował go pierwotnie, ale nie mógł powstrzymać się długo. Przeczołgał się kawałek, po czym podbiegł do źródła. Rozejrzał się dookoła i zaczął odgarniać ziemię. Kości, wspaniale- pomyślał. Coś dużego i nie popielec, kontynuował oględziny. Trafił na rękojeść. Ostrożnie wyciągnął lekko nadrdzewiały młot. Pod nim znalazł tarczę. Wyciągnął ją, była w idealnym stanie, nie licząc zadrapań i lekkich wgnieceń po uderzeniach. Przesunął palcem po niezrozumiałych dla niego runach. Obrócił ją by przyjrzeć się wnętrzu. Mocne, skórzane rzemienie trzymały się solidnie. Na metalu wydrapane były wyraźnie słowa: Wy, co tarczę tę nosicie Pamiętajcie By tarczą stać się Leth mori Aiwe Zarzucił ją na plecy. Przekradł się ponownie na stanowisko i wrócił do obserwacji przeciwnika. Słowa, jakie przeczytał, huczały mu w głowie. Próbował skupić się na zadaniu, jednak bezskutecznie. Nie wiedział, co oznaczają ostatnie słowa. Czuł jednak ich moc. Wreszcie nadszedł czas. Zadął w róg, a ukryci po drugiej stronie Popielcy rzucili się do ataku. Podobnie jak i on. Tylko jemu, w czasie biegu do najbliższego wroga w głowie pojawiła się myśl. Już nikt więcej w Posiadłości Stonefall nie zginie. Przynajmniej na razie.

Rozdział IV

Młody Asura kręcił się po Przystani Antyświtu w Rata Sum. Statek z nową porcją artefaktów z Orr właśnie cumował. Jego przełożony wysłał go, by nadzorował wyładunek. Towarzyszył mu tajemniczy i milczący sylvari, który przyprawiał go o ciarki. Ciemny płaszcz i narzucony na twarz kaptur czyniły go nierozpoznawalnym. Asura przypomniał sobie słowa swojego Krewe: wszystko ma trafić w nienaruszonym stanie do laboratorium, a obecność Liściastego sprawiała wrażenie, że może mieć problem z realizacją zadania. Golemy rozpoczęły żmudny wyładunek. Asura biegał od skrzynki do skrzynki otwierając je i porównując do manifestu okrętowego. Te, które uzyskały jego akceptacje ruszały w drogę do laboratorium. Głównie były to stare naczynia, zaśniedziałe puchary, zgniłe malowidła i mnóstwo poniszczonych książek. Zdarzała się broń, różnej wielkości kości oraz kilka ciał nieumartych do badań. Wtedy nieznajomy sylvari podszedł do jednej z ostatnich skrzyń. - Zupełnie jak w moim Śnie… – położył dłoń na wieku. - Przepraszam, czy nie miałeś tylko obserwować – malec chrząknął z naciskiem na ostatnie słowo. sylvari odsunął się lekko na bok. Asura otworzył pudło. Wymoszczona słomą skrzynia kryła podniszczoną, czarną tarczę. Poza zadrapaniami od oręża widoczne były dwa wgniecenia od młota oraz nadtopienie smoczym oddechem. Jeden z trzech runów stał się przez to nieczytelny. sylvari wyciągnął ją i obejrzał. Przeczytawszy napis wewnątrz odetchnął głęboko. Zupełnie jak w moim Śnie, powtórzył w myślach. Zwrócił się do Asury. - Pójdź za mną – jego głos przybrał dziwną barwę. Malec parsknął śmiechem. sylvari powtórzył. Jego rozmówca potrząsnął żywiołowo głową, jego wielkie uszy zafalowały. - Tyria potrzebuje tarczy. Dajmy jej tarczę – powiedział sylvari z błyskiem w oku, podając mu przedmiot. Asura patrzył osłupiały na wygrawerowaną inskrypcję. Uśmiechnął się do sylvari. - Zatem prowadź, bracie.

Rozdział V

Kandydatka niecierpliwie kręciła się przed drzwiami wielkiej Sali Przyjęć. W końcu przyszedł na nią czas. Podeszła do wielkich dwuskrzydłowych drzwi, które wskazał jej sapiacy popielec - odźwierny. Dwukrotnie zapukała i weszła. Ściany i posadzka były wyłożone ciemnym granitem, a strzeliste sklepienie było podparte na ciężkich kolumnach z bogato zdobionymi, w mityczne stwory i grona egzotycznych owoców, kapitelami. Całość tonęła w niepokojącym półmroku, tylko skąpe dzienne światło wpadało przez niewielkie okna znajdujące się wysoko, zaraz pod sklepieniem. Na końcu sali, dostrzegła masywne biurko z ciemno-purpurowego drewna, za którym siedzi przedstawicielka rasy sylvari, która pogrążona była w swojej pracy. Wiedziona instynktem podeszła w jej stronę. Pomiędzy kolumnami, w niszach, w misternie zdobionych uchwytach tkwiły pochodnie oświetlające niebieskim, niepokojącym płomieniem rzeźbione w szarym kamieniu postacie osób, które po wsze już czasy zapisały się w historii bractwa - przedstawiciele wszelkich ras żyjących w krainie - nornów, ludzi, asur, popielców i sylvari. Jej wzrok powędrował w górę na wiszący na szczytowej ścianie herb Gildii. A pod nią zauważyła podniszczoną tarczę, noszącą znamiona cięć miecza, uderzeń młota, smoczego oddechu i grotów strzał. Tarczę z odnowionymi trzema runami: LmA.


There are no comments for this topic. Do you want to be the first?