Autor Wątek: Artefakt  (Przeczytany 6 razy)

Grudzień 31, 2019, 08:53:10 pm
Przeczytany 6 razy

Xar

  • Xar.6279
  • *
  • Information
  • Kandydat
  • Lider
  • Wiadomości: 8547
Lodowy kieł połyskiwał na środku wielkiej sali wypełnionej typową dla Nornów dumą, hucznymi odgłosami śpiewu i donośnymi przechwałkami na każdy możliwy temat. Przy całym tym „ogromie” ledwo można było dostrzec stojącego w cieniu, niewysokiego Sylvari. Czas płynął, a wraz z nim pojawiały się przy złowrogim trofeum coraz to nowe postacie, które zdawały się wyszukiwać wzrokiem jakiejś konkretnej osoby. Gdy wreszcie Sylvari uznał, że nie ma już dłużej na co czekać wyszedł z cienia i przywitał wszystkich zgromadzonych na swój „oziębły” sposób… „Jesteście bardziej rozgarnięci niż się spodziewałem… Miło mi to widzieć.” Członkowie bractwa zaczęli wypytywać się o cel w jakim zostali przywołani tak daleko na północ aż do siedziby nornów oraz jakiż to mógł być powód tego, aby miejsce spotkania pozostawało tajemnicą? Sylvari wysłuchawszy wszystkich lekko tylko się uśmiechnął i w końcu po sekundach ciszy raczył powiedzieć… „Za mną…”. Każdy z niezrozumieniem popatrzył się na innych po czym wszyscy ruszyli niepewnie za smukłą postacią. Podeszli do lewitującej, rzeźbionej skały, którą każdy rozpoznawał jako wszechobecna w Tyrii ozdoba- jak i wątpliwej jakości latarnia… Wszyscy dalej trwali w konsternacji i zaciekawieniu. Astiq zdecydowanie nie był typem , który lubi „owijać w bawełnę”, więc od razu przeszedł do rzeczy i zaczął przedstawiać szaloną wizję, w której wykorzystuje ten przedmiot do swobodnego przemieszczania się po całęj Tyrii! Astiq- widząc, że członkowie bractwa nie są zbyt przekonani co do jego poczytalności- wyciągnął z kieszeni świstek starego papieru, na którym dokładnie było opisane wszystko to o czym przed chwilą mówił. Był to stary zwój krasnoludzkiego pochodzenia i wszyscy zgodzili się co do jego autentyczności. Nie zwlekając dłużej- Astiq zarządził wymarsz z ciepłej i bezpiecznej siedziby Nornów i poprowadził zebraną grupę w niebezpieczną wyprawę, która mogła zakończyć się zdobyciem cennego artefaktu jak i niechybną śmiercią wszystkich jej uczestników…


***
Po kilku godzinach marszu przez wysokie śniegi mroźnej północy – garstka śmiałków w końcu dotarła do pierwszego przystanku jakim okazała się być zamieszkała przez szczuroludzi jaskinia. Były to nieufne i przebiegłe istoty lecz także- jak Astiq-owi udało się już nauczyć- dysponowały całkiem pokaźną wiedzą na temat pobliskich im terenów. Przedzierając się przez jaskinię grupa napotkała na kilka przerośniętych pajęczaków- nic z czym nie można by sobie szybko poradzić. Jakkolwiek- okazało się, że szczurowaci mają nie lada problemy z tymi insektami i dopóki nie uda im się zgładzić królowej pająków, dopóty nie będą miały spokojnego życia. Część grupy zgodziła się co do tego, iż pomoc w zgładzeniu kreatury może być dobrym sposobem na wyciągnięcie informacji, które pomogą w dalszym poszukiwaniu artefaktu. Inni woleli wyciągnąć te informacje siłą. W ten czy inny sposób członkowie bractwa zdobyli to po co tu przyszli i wyruszyli dalej. Po drodze do celu jakim stała się starożytna krasnoludzka tablica strzeżona przez legiony czerpaków- grupa napotkała przedstawicieli klasztoru Durmand. Okazało się, że czerpaki rozpanoszyły się już po całej północy i trzeba mieć się na baczności. Na dodatek każdy potrzebuję teraz pomocy. Podróżnicy nie mieli zbyt wiele czasu, lecz ostatecznie zdecydowali, że być może będą wstanie po drodze pomóc w ochronie osady przy okazji uzupełniania swoim kurczących się zapasów. Okazało się, że gdyby nie grupa odważnych poszukiwaczy artefaktu- prawdopodobnie z wątłej, drewnianej osady pozostała by tylko dziura w ziemi. Hordy czerpaków wyłoniły się z ziemi i w mgnieniu oka przystąpiły do ataku. Walka była długa i zacięta ale ostatecznie brudne kreto-podobne istoty zostały odepchnięte do swoich dziur. Astiq sprawdził czy wszyscy wciąż żyją i odetchnął z ulgą. Każdy z grupy starannie dobrał zapasy na dalszą podróż i po mimo zmęczenia jakie coraz bardziej dawało się we znaki- ruszyli dalej skupieni na swoim celu.


***

Niepokojące odgłosy wybuchów oraz walki stawały się coraz bardziej wyraźne. Każdy z niepokojem ale i także z nutką ciekawości oczekiwał tego co nadejdzie wraz z drogą. Gdy dotarli na miejsce wskazane im przez szuroludzi ich oczą ukazał się zatrważający widok… Bomby wybuchały nieustannie, a czerpaki nacierały na małą placówkę ludzi i nornów z krwiożerczym uporem. Ta część szlaku do celu wydawała się nie do przebycia. Jednak grupa poszukiwaczy zgodnie stwierdziła… „Dotarliśmy już zbyt daleko, aby teraz się wycofać!”. Ruszyli z podniesionymi mieczami przed siebie przedzierając się przez kolejne fale kretoludzi. Po ryzykownej i bolesnej przeprawie między wrogami w końcu udało im się przedrzeć do okupowanej placówki. Tam usłyszeli od wdzięcznej za pomoc wojowniczki, że jest pewien sposób na ominięcie gęsto bombardowanych terenów i dotarcie do tablicy, która nie wątpliwie była już teraz na wyciągnięcie ręki. Wystarczył tylko jeden ostatni ryzykowny krok. Po chwili przemyśleń nikt nie był przeciwny wykonaniu tego kroku. A więc ruszyli… Przesuwali się blisko wysokich skalnych ścian- tak, aby działa czerpaków nie były wstanie ich dosięgnąć. Okazało się, że sposób wojowniczki poskutkował i wreszcie ich cel znalazł się w zasięgu wzroku! Jednak od niego dzieliło ich jeszcze kilka pomniejszych i jeden większy groźnie wyglądający Kretoczłowiek. Nie było wątpliwości, iż był to jeden z przywódców oblężenia. Bestia była potężna, a z pyska toczyła jej się piana, która wskazywała na gniew jaki jest gotowa skierować przeciwko każdemu napotkanemu przeciwnikowi. Jakkolwiek- teraz nie było już odwrotu. Członkowie bractwa ruszyli na monstrum zgranym i pewnym szykiem. Walka była zacięta i wiele osób odniosło rany. Jednak zwycięstwo było już przesądzone. Ogromny czerpak padł na zakrwawiony śnieg i powoli wydyszał swoje ostatnie tchnienia. Po szybkim opatrzeniu ran grupa poszukiwaczy podeszła do tablicy starając się ją odszyfrować. Po dłuższych oględzinach udało im się przetłumaczyć interesujące ich zdanie… „Zamarznięta woda na południu wskaże drogę.”… Zmęczeni już wyprawą poszukiwacze wyruszyli uzbrojeni w tę wiedzę prosto na południe- zgodnie ze wskazówkami z tablicy.


***

Po kolejnych godzinach marszu przez śniegi i zaspy- grupa w końcu natrafiła na zamarznięte jezioro. Tuż obok niego można było z trudem dostrzec zawalające się wejście do kutej lodem, złowrogiej jaskini. Nie wiele myśląc śmiałkowie zapuścili się w głębiny tej pieczary z nadzieją, że ich podróż niedługo dobiegnie już końca, a ich trudny zostaną sowicie nagrodzone. Pokonując kolejne lodowe olbrzymy i pomniejsze ich sługi- udało się wkroczyć do starodawnych pomieszczeń krasnoludów, które- jak się na pierwszy rzut oka zdawało- były teraz we własności zachłannych czerpaków. Jednak w powietrzu można było wyczuć nieprzyjemny swąd siarki, który wskazywał, że nie tylko kretoludzie zdecydowały się tu zadomowić. Eksplorując dalej starożytne komnaty grupa natrafiła na niespodziewany i zdecydowanie niepożądany przez nich widok… Niszczyciele… Te plugawe, zrodzone z ognia potwory nie wiedziały czym jest strach czy litość. Jedyne do czego dążyły to spopielanie i mordowanie wszystkiego co stanie im na drodze. To właśnie działo się teraz z całymi hordami czerpaków. Z ich pysków wydobywały się krzyki agonii, które w nawet poszukiwaczach wzbudzały współczucie. Niemieli jednak żadnego interesu w pomaganiu czerpakom- tak więc starali się wykorzystać panujący chaos i niepostrzeżenie przekraść się tak daleko jak tylko dadzą radę. Po drodze natrafili na dogorywającego kretoczłeka, z którego udało im się wyciągnąć informację na temat artefaktu, którego poszukują od samego początku wyprawy. Z wielkim rozczarowaniem słuchali o tym- jak kilka dni przed ich przybyciem pojawiły się niszczyciele, a największemu z nich udało się zagarnąć- tak pilnie strzeżony przez czerpaków artefakt- dla siebie. Z opowieści niedoszłego trupa wynikało, że część niszczycieli- w tym ten który ich interesował- wróciła tam skąd przybyła… W głąb ognistej, spopielonej ziemi. Grupa nie miała wyjścia- to była ostania próba… Ostatni wysiłek. Zginiemy albo wrócimy z nagrodą i w chwale. Wybór był prosty. Nieznający strachu członkowie bractwa wyruszyli we wskazane miejsce wprost w ognistą, ziejąca niczym rana w ziemi wyrwę. Ogień buchał zewsząd, niszczyciele nacierały kierowane ślepą nienawiścią do wszystkiego co nie płonie. Poszukiwacze artefaktu otarli się tutaj o śmierć bardziej niż gdziekolwiek indziej, lecz nareszcie- udało się odnaleźć w tych popielnych odmętach tego który był w posiadaniu cennego mechanizmu będącego jednocześnie ich jedyną drogą powrotną do przytulnej karczmy w Lwich Wrotach. Walka trwała, siły odchodziły szybko, a bestia zdawała się nie wzruszona na wszystkie ataki. W końcu ktoś wpadł na desperacki pomysł ostatniej szansy… Strzał z wzmocnionego magią łuku ugodził płonącą łapę trzymającą artefakt. Bestia ryknęła tak głośno, że cała ziemia zdawała się zatrząść. Zaraz po tym ktoś zwinny z grupy rzucił się by złapać w locie cenną zdobycz. Czas zdawał się stanąć w miejscu… bestia szalała ze złości, grupa poszukiwaczy wpatrywała się tylko w spadający artefakt i usiłującego złapać go śmiałka. Zwinna dłoń pochwyciła magiczny kamień. Znikąd pojawił się oślepiający wszystkich błysk. Nikt nie wiedział co się stało do czasu, aż oślepienie minęło i okazało się, że banda wyczerpanych, przed chwilą znajdujących się na dalekiej północy członków bractwa Leth Mori Aiwe nagle leżała na zielonej trawie tuż przed wrotami do Lwich wrót. Najwyraźniej artefakt działał…


There are no comments for this topic. Do you want to be the first?